Żar…. szał

Od jakiegoś czasu w naszym kraju ukochanym, na południu gdzie mieszkam nie da się żyć. Blokersi tacy jak ja umierają, ociekając potem. Moje dzieci są luftowane o porannych godzinach, jako że wstają kolo 6:00. Już przed 8:00 dziarsko maszerujemy na plac zabaw. Potem już po 11:00 spuszczam rolety, w domu nastaje ciemność. Okna mamy pozamykane od słonecznej strony aż do wieczora a ja wyczekuję godziny 20:00 żeby znów odetchnąć pełną piersią.

I pomyśleć, że jeszcze niedawno klęłam na cały świat, że za oknem wciąż biało. Przecież w Wielkanoc tonęliśmy w śniegu. Tak źle i tak nie dobrze. Jakoś tak ostatnio nie ma u nas pory przejściowej. Za chwilę w naszych szafach będą wisieć tylko kożuchy i stroje kąpielowe.

Dziś na balkonie spotkałam zbira. Moja przydomowa uprawa bazylii fioletowej została zniszczona i zeżarta przez grubą zieloną gąsienicę. Muszę przyznać, że marny ze mnie ogrodnik, ale akurat ta bazylia wyrosła pikna i taka byłam z niej dumna. Tak mnie wkurzyła zielona wredota, że prawie powyrywałam jej nóżki. Podła zielona, nie wiem jak dotarła na drugie piętro. Musiała wyczuć intensywny zapach świeżutkiej, podlewane bazylii. Oto jej dzieło.

bazylia

Poza tym mamuśka rozdrażniona, bo na diecie cudacznej się trzyma. Już drugi tydzień i prawie dwa kilogramy mniej. Ludzie zaczynają zauważać efekty a mi aż serce roście na te czasy. Za tydzień jadę z rodziną sprawdzić stan polskich plaż i nawet jak nie będzie pogody zamierzam wkroczyć na piach na wpół rozebrana. Trzeba się chwalić efektami. Pomyśleć tylko, że nie wpadłam na to w marcu. Byłabym teraz szczęśliwa i dumna jak paw. Paradowałabym po placach zabaw jak top modyl.

Pędraki szaleją, córka ma przerwę wakacyjną w przedszkolu a mamuśka za grosz wolnego czasu. Dopiero w okolicach 20:00 mogę się w pełni odprężyć. W dzień jak zawsze pranko, zmywareczka, gotowanko podwójne, bo i dla odchudzającej się trza coś zrobić. Pieluszki, kaszki, mleczka, owocki, place zabaw i zakupki. Nic nowego tyle, że z podwójnym bagażem. ” Mamusiu kup mi parówkę”, pół godziny po śniadaniu a wcześniej, „mamo już nie mogę, brzuszek mi pęka”. Potem przez cały dzień „mamo a on mi to” a w przerwach ryk młodszego. Szał, dziki szał.

Pracodawco, zlituj się nade mną, czytelniku wyślij link do znajomych. Niech mamuśka wyrwie się z kieratu. Wysyłam te podania i nic. Przecież jestem takim wartościowym pracownikiem, a jakim zorganizowanym i zaradnym. Chętnie się ochłodzę w klimatyzowanym pomieszczeniu.

Po weekendzie padam na ryjek, bo niestety jesteśmy aktywną rodzinką i nie odpoczywamy tylko zapylamy z mężatym za dziećmi. Za rok, może dwa dzieci będą bawić się troszkę same a my poczytamy albo mamuśka zrealizuje się w kuchni.

Ech pomażyć

Mamuśka

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *