Łykend w górach..to lubię

Dawno, dawno temu….kiedy mamuśka nie miała dzieci a mężaty był jej chłopakiem…..lataliśmy po górach z plecakami. Spaliśmy w schroniskach na korytarzach i cieszyliśmy się ciszą. Bezcześciłam park krajobrazowy, zajadając jagody, mylismy łapki w strumyku i jedliśmy kiełbasę z ogniska. Mamuśka umierała ze strachu na grani, bo lęk wysokości to mój starszy brat.

Teraz wygląda to inaczej. Dwójka rozwrzeszczanych dzieci, kupa tobołów i niewiele czasu dla siebie.Tym razem wybraliśmy się do Szczyrku. Trzy dni błogiego nic nierobienia w piekielnym upale. Na szczęście ślubny okazyjnie kupił hotel na wypasie z basenem na powietrzu. Dzięki temu udało nam się nie popadać jak muszki.  Basenik, śniadanko, obiadek pod nosek….a dupka puchła. Na szczęście już w czwartek ostatni dzień mamuśkowej wolności. Już od piątku możecie mi sekundować w moich zmaganiach dietowych.

Mężąty wymyślił jako atrakcję dla całej rodziny przejazd wyciągiem krzesełkowym na Skrzyczne. Zapomniał jednak o lękach mamusi i córusi. Posadził nas razem i nie wiedział na co się pisze. Młoda ujadała, że się boi a ja udawałam, że czerpię radość z przygody i próbowałam odwrócić jej uwagę. Umierałam ze strachu i oczami wyobraźni widziałam jak córa zsuwa się z krzesełka i spada na dół. Kurczowo trzymałam się poręczy a ona mnie. Serce mało mi nie wystrzeliło w kosmos a ja sama gadałam jak najęta, żeby nie wyć jak pierworodna. Radość ogromna a jakie emocje. W połowie drogi córa stwierdziła, że dalej nie jedzie. Miałam ochotę chwycić ją pod pachę i pognać przez chaszcze do pasa w dół stoku. Nigdy więcej. Następnym razem popatrzymy na syna z tatuśkiem z dołu.

Dwa łóżka, połączone miękkim łącznikiem dla rodziców i czterolatki to nie najlepszy wybór. Zwłaszcza, że staruchy dobrze zbudowane a młoda kręci się pół nocy. Ślubny pierwszej nocy spał z ramą w pupie a mamuśka w następną wylądowała na kołdrze na ziemi. Takie wygody w dwuosobowym pokoju bez dostawki, dlatego tak okazyjnie kupiony. W rogu pokoju, wbity w ścianę synuś w turystycznym łóżeczku. Spokojny weekend z rodziną.

Byliśmy zaskoczeni, że przy rezerwacji udało nam się załatwić trzy dni w lipcu, ale na miejscu odkryliśmy tajemnicę naszego szczęścia. W tym właśnie czasie w Szczyrku odbywał się tydzień kultury beskidzkiej. Właśnie w naszym hotelu jedli i spali muzykanci. Niestety muzykanci po koncercie nie kończyli imprezy i robili libacje w pokojach nieopodal naszego. Koło drugiej w nocy mamuśka wzuła odświętny dres i na bosaka poczłapała zrobić awanturę w recepcji. Poskutkowało, impreza przeniosła się do miasta. Kolejny raz udowodniłam siłę mamuśki.

Wróciliśmy zmęczeni, spoceni ale nawet zadowoleni z wypadu. Bądź co bądź była to niezła odmiana. Mamuśka nie wpasowała się w klimat hotelu i paradowała w szortach zamiast w sukniach, ale i tak było zaskakująco dobrze.

szczyrk

A teraz powrót do tysiąca badań, bo mamuśki ciało strajkuje. Omdlenia i stłuczenia, neurolodzy i ortopedzi a co za tym idzie tysiące badań i kłuć. Przeżyłam już tomografie głowy z kontrastem. Żelowatym czymś wstrzykiwanym do żyły. Leżałam już z elektrodami na głowie a w twarzy waliło mi tysiące świateł. Myślałam, że znajdę dzięki temu wytłumaczenie mojego szaleństwa, ale niestety jest to bardziej głębokie. Generalnie wyniki mam dobre i wygląda na to, że baterie się czasem wyczerpują a mamuśka pada zemdlona. Muszę ze sobą wozić worek kaszy i cukru i będzie dobrze.

A propos kaszy, jutro napiszę coś o fantastycznym amarantusie. Przeglądajcie zakładki PORADY i PRZEPISY a nie pożałujecie.

Mamuśka

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *