Wenecja

Dla niektórych miasto zakochanych, dla innych śmierdzące miasto na wodzie. Dla podróżujących z dziećmi…..ciekawe doświadczenie.

Byłam tam kiedyś, zanim mój mężaty mnie zdobył. On też był i chcieliśmy wrócić razem. Niestety nie o taką scenerię mi chodziło. Chciałam uroczej kafejki, obiadu we włoskiej restauracji i podróży gondolą we dwoje. Jako namiastkę dostałam drącą się czterolatkę ( usnęła nam w aucie i za cholerę nie chciała uczestniczyć w wycieczce), pierońsko drogi parking i tysiące schodów z wózkiem w ręku.

Do Wenecji wybraliśmy się samochodem z Rosolina Mare. Już w drodze nasza córka znalazła sposób na zwrócenie na siebie uwagi i udawała ból brzuszka. Stres rodziców, bezcelowe szukanie miejsca na wyczekaną kupkę i na końcu przyznanie się do zmyślania. Tak zaczęła się nasza wycieczka. Zaraz potem po reprymendzie dziecko usnęło w aucie i za nic w świecie nie chciało uczestniczyć w wycieczce. Myślę, że stanowiliśmy nie lada atrakcję turystyczną. Córka rzucająca się po trotuarze, matka wychodząca z siebie, ojciec starający się dotrzeć do histeryczki przez rozmowę i bogu ducha winny smyk uczący się od siostry. Cud, miód i Polacy.

Do połowy drogi do placu świętego Marka miałam na nią uczulenie, ale już w połowie drogi zmiękłam i wcinałam z nią lody. Taka ze mnie miękka pupa. Nie ma co kocham tego buntownika, bo widzę w niej mamusię:)

Pakując się na wycieczkę nie wzięliśmy przez pomyłkę nosidła i to był błąd. Schody, schody, schody i wózeczek z roczniakiem. Cudowny czas, gdy przeklinałam w duchu moją sklerozę. Tłoczne, wąskie uliczki…… i dodatkowy balast.

Poza tym, jako rodzina hardcorowców postanowiliśmy przebyć całą trasę na piechotkę. Normalnie nie jest to ciężkie ani długotrwałe. Z dwójką dzieci, przerwą na zmianę pieluchy, obiadek i pizzę trwało to półtorej godziny. Na szczęście temperatura nie przekraczała 26 stopni 🙂 i nie padało.

Na samym placu młoda szalała z bratem goniąc gołębie a my wysłuchiwaliśmy próśb restauratorów, żeby nie karmić szarańczy przy klientach obalających drogie szampany. Ślubny pocałował mamuśkę i kazał zapamiętać z wycieczki tylko tę chwilę…..

Powrót na parking odbył się niestety nie gondolą. Uprzejmy pan poinformował nas, że to za duży dystans, ale ja myślę, że wystraszył się wózka i dwójki dzieci. Tramwaj wodny zastąpił naszą romantyczną podróż we dwoje. Mamuśka brylowała, zmieniając pieluchy w locie a dzieciaki wieszały się na suficie z nudów. Podróż trwała prawie godzinkę.

Z pozytywów, kupiłam sobie prześliczną, ręcznie wykonaną maskę…..Na razie zdobi moją ścianę, ale mam nadzieję że użyje ją choć na jakimś balu. Nie ma się co łudzić historią z trylogii Greya, ale bal może się kiedyś uda.

Żyję w przekonaniu, że to nie była nasza wyczekana romantyczna podróż we dwoje. Jeszcze tam wrócimy.

 

maseczka

 

Mamuśka

 

 

4 thoughts on “Wenecja

  1. Matka z sąsiedzkiej piaskownicy

    Mamuśko, bardzo dobrze się Ciebie czyta…Jestem tylko zawiedziona pustostanem w zakładkach jedzonko, porady i zabawy :(. Mysle ze dobre przepisy ściągneły by tu niezłe tłmy…:)
    Tak czy siak-podaję dalej! pozdr!

    Reply
    1. mamuśka Post author

      Matko sąsiadko, dziękuję i proszę o więcej. Jakie przepisy cię interesują. Zainspiruj mnie a obiecuję, że się poprawię. Wrzuciłam ostatnio ciekawy post o zabawach. Gorąco polecam i pozdrawiam. Do zobaczenia w piaskownicy.
      Mamuśka

      Reply
  2. Matka z sąsiedzkiej piaskownicy

    O Matko24! ile przepisów i zabaw! Niech no najpierw przestudjuję a potem będę wołać o więcej, ale coś dla roczniaków by się przydało, jakiś przepis na super-turbo-mega- smaczną papkę ;). Powinnaś zrobić sobie fanpejdża na FB 😀

    pozdrawiam i do zo w piasku 😉

    Reply

Pozostaw odpowiedź Matka z sąsiedzkiej piaskownicy Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *